You must be really desperate if you come to me for help

A więc siedzę sama w swoim osobistym biurze.

Teoretycznie powinnam mieć  „współlokatora” – jego biurko stoi niezagospodarowane od przeszło 7 miesięcy. Przez ten czas pojawił się tu raz, na 5 minut, aby wziąć pocztę. Wyjadam mu właśnie firmowe czekoladki, które wszyscy dostali na wielkanoc. I tak  nie zauważy, a jak potrzebuję cukrowego wsparcia. Dużo cukrowego wsparcia.

Bycie na tym stanowisku mi nie służy. 9 miesięcy i nie robi się lepiej. Robi się gorzej. Tematów do ogarnięcia robi się coraz więcej, czasu na wzięcie oddechu ani trochę, coraz mniej radzę sobie z zarządzaniem ludźmi i po prostu mam dość. W tym momencie, kiedy mam chwilę aby nadgonić, jestem tak zrezygnowana, że oglądam jakieś głupie filmiki na youtubie. I znów będę się później znęcać nad sobą że nie robiłam co mam robić ale nie jestem w stanie fizycznie się do tego zmusić.

Niewiele jest rzeczy do których jestem w stanie się zmusić. Po pracy wracam do domu, odpalam komputer i zatapiam się w świat serialowych dramatów. Czasem może jakieś kino, raz w tygodniu trening. Mój trener jest jedyną osobą z którą regularnie spędzam czas. M wciąż gra w gry, nasze rozmowy ograniczają się do „co tam w pracy, co ciekawego dziś słyszeliśmy, co jest do kupienia”. W Wawie nie mam innych ludzi z którymi miałabym relacje rozbudowane poza okazjonalnym śniadaniem lub kawą raz na trzy miesiące. I to po dłuższych negocjacjach z mojej strony. W Trójmieście też już nie mam znajomych bo za długo mnie tam nie ma. Co najwyżej zadzwonię do Moniki raz na miesiąc po treningu. porozmawiamy, będzie na chwilę lepiej. To zawsze ja dzwonię.

Na którymś etapie ta praca spowodowała, że nie miałam czasu dla ludzi bo byłam w ciągłych rozjazdach. I nie jestem im potrzebna. Out of site, out of mind. Jakby mnie nie było.

 

Duchy przeszłości

Niecnie podeszło ich dziewcze kiedy wychodzili z kina. Przedstawiła jakiegoś faceta. Odprowadziła prawie na przystanek – na szczęście mogli uciec bo jechała w inną stronę. Nie mogła sobie przypomnieć imion. Zagadywała kiedy szła obok. O głupotach. O tym że nie była w teatrze od lat a na pokazach National Theatre już trzeci raz w tym roku. Że niedługo na błoniach stadionu narodowego będzie Cirque du Soleil.
Patrzyli na siebie zdezorientowani. Nie mogli sobie przypomnieć kto to. Ona też nie mogła przypomnieć sobie imion.
Stworek przypomniała się sama.
Ze Zwierzem będzie musiała się pomęczyć.

I jak wróciła do domu to dotarło do niej, że nie wiedzieli z kim rozmawiają.
W swej megalomanii i przeświadczeniu o wyjątkowości zapomniała się przypomnieć.
Tjaaa….

Wtorek, 12 kwietnia

To jeden z tych małych momentów kiedy żałuję, że wzięłam tą korporacyjną robotę.

Ma ona swoje uroki. Ćwiczę angielski jak nigdy dotąd, poznaję zasady pracy w HR’ach (i nie tylko) dla 12 krajów, popodróżowałam na Bałkany i na Wschód. Rozwijam swoją asertywność uczestnicząc w spotkaniach z Bardzo Wysokim Zarządem, prowadząc szkolenia i prezentacje dla 150 osób. Zdecydowanie poprawiłam się w organizacji pracy i zarządzaniu czasem.
Rozwinęłam się wielce.

Ma to jednak swoje ciemne strony. Nie są nią wyjazdy, bo nie przeszkadza mi latanie do pracy ani spanie po hotelach. To ostatnie nawet lubię, bo doskonale jest kiedy nie trzeba ścielić łóżka, rano czeka na ciebie śniadanie które możesz sobie skomponować z wielu składników a kolację przyniesioną przez room service możesz zjeść w łóżku.
I nawet nie przeszkadza mi odcięcie od Lubego. Nasz związek zaczynał się na odległość i do takiego stadium wrócił teraz.

Ciemną stroną tej pracy jest brak możliwości planowania swojego życia w inne dni niż weekendy.
Do kina mogę pójść na wyjeździe, pod warunkiem, że film jest po angielsku, bez lokalnego dubbingu.
Jednak już na kolację ze znajomymi muszę się umawiać tylko na weekend…
Albo muszę rezygnować z innych rozrywek tylko dlatego, że odbywają się w tygodniu.

Tak jak z koncertem One Republic.
Bilet kupiłam spokojnie z 2 miesiące temu. Bo przecież nikt przy zdrowych nie planowałby podróży służbowych zaraz po Wielkanocy.

No cóż.
Ludzi przy zdrowych zmysłach u mnie jednak brak.
Po Wielkanocy, zamiast zapakować się w samochód i spędzić upojne 6 godzin w drodze do Warszawy, zapakuję sie w samolot na lotnisku Lecha Wałęsy i po 5 godzinach lotu przez Wiedeń wyląduję w Sofii….

A Luby będzie się męczył w podróży samochodem.
Z kotem.

.

Kilka miesięcy temu, w pijackim widzie mówił, że jestem jego.

Powiedziałam mu wtedy, że ja należę jedynie do mnie.

Ostatio powiedziałam mu, że będę jego pod warunkiem, że On się nie dowie.

Nie chciał na takich warunkach.

A innych nie będzie.

Jestem za wielkim tchórzem by porzucać wygodny brak szczęśliwości dla absolutnie niepewnego, potencjalnego szczęścia.

Jeszcze nie.

Oskarowo

Jako rasowy, aczkolwiek lekko zaśniedziały, kinoman zdecydowałam w tym roku podejść do tematu poważnie i obejrzeć w tym roku nominowane filmy.

Na razie obejrzane to:
Jak zostać królem – 8/10
The Social Network – 6/10
Czarny Łabędź – 8/10
Incepcja – 10/10
Wilkołak – 3/10
Alicja w krainie czarów – 7/10
Harry Potter i Insygnia Śmierci – 2/10
Iron Man 2 – 2/10
Jestem Miłością – 7/10
Salt – 2/10
Tron: Dziedzictwo – 4/10

A zostało do obejrzenia jeszcze:
Wszystko w porządku
Toy Story 3
127 godzin
Prawdziwe męstwo
Fighter
Do Szpiku Kości
Biutiful
Blue Valentine
Między światami
Miasto złodziei
Królestwo zwierząt
Kolejny rok
Pogorzelisko
Kieł
Haevnen
Hors-la-lui
Niepokonani
Barney’s version
Jak wytresować smoka
Country Strong
Zaplątani
Medium
The Tempest
Iluzjonista
…… i już pominę filmy dokumentalne, bo tego mi się raczej nie uda.

widziane 11
do obejrzenia 23

Do Oskarów zostało 28 dni….

A więc to daje 1 film dziennie i zostaje 5 wieczorów na coś innego
Niezłe wyzwanie…. 

aktualizacja z 04.02.2010.

Na razie idzie powoli:
127 godzin  – 6/10
Prawdziwe męstwo – 4/10

Starcie Tytanów

A więc mam w domu aktualnie koty dwa.

Do mojej Potwory Pasiastej dołączył czarny niczym heban w nocy na pustyni kocur zwący się…a jakże.. Mefisto.
Nie jest to układ stały – podawacz jedzenia należący do Mefisto wybył na tygodniowy urlop w kraje zdecydowanie cieplejsze i zaopiekować się zdecydowaliśmy.
A raczej zdecydowaliśmy się przeprowadzić eksperyment terytorialny.

Jak do tej pory, wybywając do 3-City Kociucha zabieraliśmy ze sobą, nauczyła się już podróż samochodem znosić dobrze, więc nie zauważa się jej tam specjalnie. W przypadku weekendowych skoków za miasto problemu też nie ma – na jedną noc Miałczysława może bezproblemowo zostać sama, a w przypadku dwunocnej nieobecności ktoś zawsze wpadł kuwetę sprzątnąć czy żarcie rzucić na wybieg.
Ale problem był zawsze wielki przy wyjazdach innych. Raz wzięła ją Majka, ale dziś ma już kocię swe i nie chce testować duetu. Krygiery dorobiły się potomka, więc dla nich duet też odpada. Patrycji alergia się pogorszyła i niestety Śmierdzipyszczek musiał szukać innej alternatrywy niewolniczej.

Przy ostatniej wyprawie do Szwajcarii pałeczkę przejęła Teściowa i wpadła do Warszawy na dwa tygodnie.
Ale nie sądzę by udało ją się namówić po raz kolejny, więc testujemy, czy da się kota podrzucić do innych kociarzy.

Stąd właśnie w domu pojawił się nie mniej, ni więcej – Mefisto.

Właściwie i diabolicznie zalęgł się pod łóżkiem i wychodzi jedynie nocą by się posilić, wysikać i dostać ataku paniki na widok własnego odbicia na drodze do toalety….nie wiem jakim cudem jeszcze mamy to lutro, bo waleczność w nim obudziła się olbrzymia…gdzieś o 3 nad ranem.

Potem klasycznie zaginął w odmętach rzeczy-zalegających-pod-łóżkiem-od-dwóch-lat-ale-absolutnie-niezbędnych-nie-próbuj-ich-nawet-wyrzucać. Przez przyjęcie tej strategicznej pozycji anektował jednocześnie całą sypialnię i Dzikun absolutnie odmówiła wchodzenia do sypialni, a drogę między salonem a łazienką pokonuje pełznąć przyczajona przy ziemi i posykując od czasu do czasu profilaktycznie w kierunku przyczajonego przeciwnika.

Przedpokój jest więc pasem ziemi niczyjej, przez którą obydwoje przemyka pod czujnym okiem drugiego by oddać się upojnemu opróżnieniu pęcherza do jednej i tej samej kuwety.

Aż czekam z utęsknieniem na moment, w którym się wreszcie spotkają.
Trzymam aparat włączony na funckję nagrywania..
Tak na wszelki wypadek.
Oczywiście by uwiecznić tą wiekopomną chwilę.

Jakby co, to dam znać jaki jest link na youtube’ie ;-)

PS:

CMJK – książki są za darmo, absolutnie bezgotówkowo.
Jedynie jeśli miałabym gdzieś wysyłać poza Wawę lub 3-City to trzebaby ustalić zasady dostawy.
I jakby co z zestawu wypadła Marina Zafona i Klan Cameronów Critchtona.

Wdech…wydech…

Chwila oddechu.
Przez ostatnie 3 dni siedziałam nad materiałami szkoleniowymi po 14 godzin dziennie i skończyłam wczoraj około północy…
Czuję się wypluta i do tego jeszcze chora.
Serbowie przywieźli ze sobą na szkolenie jakieś paskudztwo. Pierwszego dnia kaszlały tylko 2 osoby.
Teraz kaszle już 10 i ja również czuję się lekko gorączkowo a gardło zaczyna drapać.

Cokolwiek przywieźli, będziemy to roznosić po całej Europie.
Ja zabiorę prątki do Polski, rozsiewając je pewnie po drodze na parę innych krajów na warszawskim lotnisku.
Bośniacy i Chorwaci zabiorą prątki z powrotem na Balkany aby mutowały sobie dalej w lekko zmienionej formie gentycznej.
Ukraińcy i Białorusini zabiorą je na wschód, więc prędzej czy później będzie można się  ich spodziewać również w Moskwie.
Największą „strefę wpływów” będą jednak mieli Szwajcarzy.
Najpierw rozpoczną fazę pierwszą epidemii na lotnisku wiedeńskim, rozsiewając paskudztwo na całą Europę i spory kawałek Azji. Pewnie też sporą część północnej Afryki.
Docierając do Zurichu puszczą swoją zdobycz na szerokie wody i rozpoczną pandemię w obydwu Amerykach i  na Bliskim Wschodzie.

Wielki zmasowany atak Bałkańskich Wirusów 2011.

A więc jakby ktoś kiedyś szukał informacji skąd pochodzi „Pacjent Alfa” wielkiego ataku świńskiej/ptasiej/kociej (*niepotrzebne skreślić) grypy pamiętnego roku 2011, to mam kilka typów…..

Czyszczenie biblioteczki czyli książki za darmo

W ramach minimalizowania stanu posiadania rozstawanie się z przedmiotami rozpoczęłam od rozstania się za pośrednistwem allegro z absolutnie mi zbędnym firmowym prezentem w postaci elektronicznej ramki.
Rozstałam się też z paroma ciuchami, w sposób dokładnie ten sam, choć może z mniejszym zyskiem.
Tu jednak droga przede mną jeszcze długa droga bo szafa ma przepastna jest wielce….

Zdecydowanie łatwiej i szybciej idzie mi z książkami.
W tej kwestii nie jestem wielkim chomikiem, a biorąc pod uwagę, że czytam je tylko raz ich bezproduktywne leżenie na pólce jest okrucieństwem.
Dlatego zaczęłam je rozdawać.
Nowy dom znalazł już Sherlock Holmes, jeden Murakami i pięcioksiąg Agathy Christie, również Władcy Much i

Parę jeszcze zostało więc jakby ktoś był chętny to niech da znać:
- Isaac Asimov – Foundation (angielski)
- Arthur Golden – Wyznania Gejszy
- Umberto Eco – Zapiski na pudełku od zapałek
- Umberto Eco – Drugie zapiski na pudełku od zapałek
- Sting – Niespokojna muzyka
- Michał Witkowski – Lubiewo
- Andrzej Sapkowski – Narrenturm, Boży Bojownicy, Lux Perpetua
- Jonathan Carrol – Kraina Chichów
- Haruki Murakami - Sputnik Sweetheart (polski)
- Doris Lesing – Podróż Bena
- Patricia A. McKillip – Wieża w kamiennym lesie
- Mary Shelley – Frankenstein (angielski)
- Victor Hugo – The Hunchback of Notre-Dame (angielski)
- J.D. Salinger – The Catcher in the rye (angielski)
- Robert Critchton – Klan Cameronów
- Rene Gościnny & J.J. Sempe – Nowe przygody Mikołajka
- Noemi Szeesi – Ugrofińska Wampirzyca
- Carlos Zuiz Zafon – Gra Anioła, Marina
- Antal Szerb – The Pendragon Legend (angielski)
- Irena Sławińska/Hu Peifang – Kwiat śliwy w złotym wazonie


Bez problemu mogę je przekazać na terenie Warszawy osobiście, w przypadku Trójmiasta pewnie też, choć pewnie dopiero w marcu lub kwietniu.
W przypadku innych miejsc zawsze da się coś wykombinować w kwestii transferu.

Nawet nie wiedziałam, że mam tam mięśnie…

A więc w ramach absolutnie niezwiązanych z nowym rokiem postanowień znów dotarłam na zajęcia z jogi.

Lubię jogę, bo chodzi w niej o zmaganie się z własnym ciałem.

O dążenie do perfekcji w jego ułożeniu w zadanej pozycji.

Jednocześnie każda z tych pozycji ma swój sens. Uaktywnia określoną partię mięśni.

Dotarłam na razie dwa razy, niestety tylko w sobotę, gdyż mój kalendarz na razie nie pozwalał inaczej.
I pewnie ze względu na tą niską częstotliwość doskonale czuję, które mieśnie się uaktywniły.
Ale nie jest źle,
Mimo minimalnych ilości ruchu nadal jestem w stanie położyć dłonie na podłodze przy pełnym wyproście nóg i utrzymać równowagę w pozycji drzewa, czyli stojąc na jednej nodze położyć drugą stopę na wewnętrznej stronie uda jak najbliżej pachwiny a ręce wyciągnąć pionowo nad głową.

jeśli ktoś to teraz czyta, to pewnie próbuje powtórzyć tą pozycję…ja bym to zrobiła…
….
A więc pierwsze zajęcia były lekkie.
Na drugich nie było już tak różowo – po pierwsze więcej ludzi, co zdecydowanie nie służy skupieniu.
Do tego kawałek ćwiczeń prowadziła uczennica o niespecjalnym talencie mentorskim, więc do jednej pozycji nie udało mi się poprawnie dość i przy 4 podejściach za każdym razem traciłam równowagę…
Nie ukrywam, zirytowało mnie to poważnie.
Ale moim obiektem irytacji nie była nauczycielka, ale moje własne ciało.
Że nie chce zrobić tego czego ja chcę…

I teraz do mnie dociera, że to przerażająca przywara.
Zawsze wydawalo mi się, że gdyby kiedykolwiek (tfu,tfu) zdarzył by mi się wypadek, który posadziłby mnie na wózku, to jakoś bym to przeżyła.
Ale jeśli tak mnie irytuje utrata równowagi przy prostej pozycji półksiężyca, to mam dwa wybory:
- albo uzupełnić zapas elektrolitów, bo skrajne wachania nastrojów sygnalizują poważne zaburzenia
- albo poważnie zastanowić się nad sobą.
Może to dziwiacznie zabrzmieć z ust 30-latki, ale chyba powinnam się przyzwyczajać, że będą chwile, kiedy jen worek kości i tłuszczyku nie będzie robił dokładnie tego na co mo ochotę…

12.01

Nie mam pomysłu na rzadne wymyślne tytuły, więc będę lecieć datami.
Udało mi się wreszcie dostać do Sofii, ale dopiero we wtorek. Po spędzonym na lotnisku całym dniu i zorientowaniu się, że mój samolot może i doleci do Wiednia, ale dalej to już raczej nie.

A więc przebookowałam bilet po raz kolejny i wróciłam do domu, tylko po to zebrać się następnego dnia i dolecieć już bez żadnego problemu.

Ale przynajmniej miałam wieczór by wybrać się do kina.

Tym razem stwierdziałam, że potrzebuję czegoś zdecydowanie lżejszego, więc wyprałam się na Tamarę i Mężczyźni.

Sam film wielce miły, z tym angielskim lekko cyniczno-złośliwym poczuciem humoru, które tak uwielbiam.

Dobrze było się wyrwać z piekiełka moich pokręconych myśli choćby na 1,5 godziny.

Teraz siedzę w pokoju hotelowym i oglądanie True Blood zdecydowanie nie pomaga na poprawę humoru.

Sytuacja z nowym zespołem wciąż jest niestabilna. Odkąd w połowie listopada zwolnili nam szefową sytuacja nadal się nie wykreowała. Nie wyznaczono dla niej zastępstwa, szef działu zachowuje się jakby zapomniał, że ma u siebie 6 osób zajmujących się HR’ami. Może to i dobrze jak za bardzi się Tobą nie interesują dopóki Ci płacą. Nie mam również wielkiej potrzeby gwiazdorzenia i bycia na świeczniku.
No dobra. Od czasu do czasu to lubię. Jakbym nie lubiła to bym tu nie pisała ani nie prowadziła szafiarskiego bloga.

Ale jakoś brak mi poczucia kierunku. Generalnie wiem co mam robić, jednak brak mi do tego zapału.
Ociągam sie z zadaniami, juz mam zaległości.
I jakoś nie mam siły zabrać się za ich nadrabianie.
Nie wiem na co czekam. Może aż coś mi wybuchnie w twarz i będę musiała podjąć jakieś działanie.
Nie tylko służbowo.
Prywatnie też.

Znalazłam ostatio ciekawą stronę odnośnie minimalizmu – jakby co, jest u mnie w linkach.
I zaczynam coraz bardziej wierzyć, że mam za dużo rzeczy.
Za dużo śmieci.
Muszę się ich pozbyć.
Może wtedy coś się rozjaśni.
Może nabiorę dystansu.
Może będzie łatwiej się wyprowadzać.

Na razie czas na sprzątanie.